Kraj Uni Europejskiej 

Oglądasz wypowiedzi znalezione dla zapytania: Kraj Uni Europejskiej





Temat: Współpraca UE z krajami Morza Śródziemnomorskiego
Współpraca UE z krajami Morza Śródziemnomorskiego
1957r. Traktat Rzymski art.131-136 mówiący o związkach Wspólnoty z krajami i
tertoriami powiązanymi w szczególny sposób z jednym z państw członkowskich,
na mocy artykułu podpisano dwustronne układy stowarzyszeniowe m.in z Turcją
(1963). Układy z Marokiem i Tunezją miały inny wymiar.

W 1976 r. podpisano dwustronne umowy z krajami Maghrebu, zaś w 1977 r.
Maszreku, które miały poza zagadnień dotyczących wymiaru politycznego,
społecznego, naukowo technicznego, głównie charakter współpracy handlowej.
Państwom basenu Morza Śródziemnomorskiego zagwarantowano wolny dostęp ich
towarów przemysłowych do rynku wspólnoty. W zakresie artykułów rolnych
liberalizacja była częściowa i podlegała redukcji stawek celnych ze strony
Wspólnoty (przeciętnie o ok. 40-50%).

1976-1991 zawarcie 3 protokołów finansowych regulujacych dopływ pomocy
rozwojowej ze strony Wspólnoty Europejskiej (ok. 3mld ECU).

Efektem polityki śródziemnomoskiej był wzrost wymiany handlowej oraz
pogłębienie wzajemnych zależności, na niekorzyść państw Maghrebu i Maszreku.
Na początku lat 90. towary z rynku Wspólnotowego wyniosły 65% dla Maghrebu
( Tunezja ponad 75%), dla Maszreku 40%. Znaczenie tych państw również rosło
dla krajów Wspólnoty Europejskiej (6,5% ogólnego importu Wspólnot, 9%
eksportu).

1990 r. – przyjęcie założeń Nowej Polityki Śródziemnomorskiej, w ramach
których wynegocjowano IV generację protokołów finansowych.
1978-1991 – kraje Maghrebu, Maszreku i Izrael otrzymały łącznie pomoc
wysokości ponad 3,3mld ECU.

1990 r. – spotkanie ministrów spraw zagranicznych Włoch, Hiszpanii,
Portugalii, Francji oraz Algierii, Tunezji, Maroka, Libii i Mauretanii, które
zapoczątkowało współpracę pomiędzy południowym a północnym wybrzeżem
zachodniej części Morza Śródziemnomorskiego, tzw. Później „Dialog 5+5”.

27-28 listopada 1995 r. – pierwsza Eurośródziemnomorska Konferencja Ministrów
Spraw Zagranicznych, w której wzieli reprezenatnci 15 państw UE oraz 11
państw południowego i wschodniego wybrzeża Morza Śródziemnomorskiego i
Autonomii Palestyńskiej. Stworzono wówczas Deklaracje barcelońską, na mocy
której podstawą stosunków pomiędzy państwami UE i pozostałymi państwami
regionu jest „przeksztalcenie basenu Morza Śródziemnomorskiego w obszar
dialogu, współpracy i wymiany gwarantujących pokój, stabilność i pomyślność
ekonomiczną”. Ponadto założono stworzenie do 2010 roku strefy wolnego handlu,

15-16 listopada 2000 r. – czwarta Konferencja Europejsko-śródziemnomorska w
Marsyli, po której podpisano umowy z Tunezją, Izraelem, Maroko, Jordanią,
Egiptem, Algerią i Libanem. Nadal nie podpisano umowy z Syrią.






Temat: Dopłaty dla rolników w Łodzi
Dopłaty dla rolników w Łodzi
W końcu jakiś "ranking" ;) gdzie wypadamy ok i bardzo dobrze. Trzeba przyznać,
że na łódzki rynek wpłyną niezłe pieniądze - co powinno się przełożyć także na
wzrost ilości usług i sprzedaży produktów.

pzdr
Krzysiek

=====
gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,2159725.html

Rolnicy ławą po dopłaty

Krystyna Naszkowska 01-07-2004 , ostatnia aktualizacja 01-07-2004 18:08

Tak dobrego wyniku nie miał żaden z krajów unijnych w pierwszym roku po
akcesji. Ponad 1,3 mln, czyli 85 proc. rolników, którzy zarejestrowali już
swoje gospodarstwa złożyło wnioski o dopłaty obszarowe

Poinformował o tym w czwartek minister rolnictwa Wojciech Olejniczak. Dla
porównania przypomniał: - Przeciętnie około 50 do 70 proc. rolników w starej
Unii składało wnioski o dopłaty w pierwszym roku.

Do 25 lipca rolnicy nadal będą mogli składać wnioski, ale ich dopłaty będą
teraz zmniejszane o 1 proc. dziennie.

Najwięcej wniosków złożono w Wielkopolsce, prawie 92 proc. rolników o nie
wystąpiło. Nieźle było też w województwach kujawsko-pomorskim i podlaskim
(90,5 proc.) oraz łódzkim i warmińsko-mazurskim (89,1 proc.). Najsłabsze
okazało się małopolskie (75,7 proc.) oraz śląskie - 77,7 proc., gdzie są
najmniejsze w kraju gospodarstwa i najbardziej rozdrobnione, co utrudniało
rolnikom staranie się o dopłaty.

Nie wszystkie wnioski zostały już zarejestrowane w systemie IACS. Jak
zapowiada prezes Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa nastąpi to
w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Wówczas dopiero okaże się, ile hektarów
ziemi rolnej zostanie objęte dopłatami. Na pewno jednak będzie to ponad 85
proc. powierzchni.

Początkowo termin składania wniosków upływał 15 czerwca. Komisja Europejska na
prośbę polskiego rządu wydłużyła termin do 1 lipca. - Dziś wiemy, że było
warto się o to starać, bo w ciągu tych dwóch tygodni wnioski złożyło około 150
tys. rolników - powiedział Olejniczak. Podziękował za wsparcie dziennikarzom,
pracownikom agencji, ośrodków doradztwa rolniczego, samorządowcom, a także
Kościołowi, który według niego "uwiarygodnił całą akcję". - Sam słyszałem, jak
jeden z proboszczów apelował do rolników, by składali wnioski, a jeśli
pieniędzy z dopłat nie chcą, to niech przekażą Kościołowi - opowiadał Olejniczak.

Rolnicy dostaną około 500 zł dopłat do każdego hektara. Ponad połowa z nich, z
powodu zaliczenia gmin, w których mieszkają do tzw. obszarów o niekorzystnych
warunkach, otrzyma dodatkowo od 174 do 260 zł na hektar. Wszystko będzie
wiadomo pod koniec lipca, gdy Komisja Europejska ustali, po jakim kursie
przeliczymy dopłaty z euro na złote.

ARiMR rozpoczyna kontrolę administracyjną wniosków, czyli sprawdzi, czy były
one składane w terminie, czy dane osobowe rolnika są zgodne z danymi w bazie,
itd. Potem 5,5 proc. wszystkich gospodarstw starających się o dopłaty zostanie
losowo skontrolowanych przez urzędników agencji. - Chcemy zapewnić wszystkich
rolników, że wypłata pieniędzy rozpocznie się zgodnie z planem od 1 grudnia -
stwierdził Olejniczak.

Minister dodał, że według oceny jego resortu ceny skupu bydła, świń, drobiu
zbliżają się do swojego górnego poziomu i raczej nie powinny nadal rosnąć. Już
teraz resort ma sygnały, że do Polski zaczyna napływać na przykład mięso
wieprzowe z Danii, bo ceny w kraju zbliżyły się do tamtejszego poziomu.






Temat: POLITYKA....można i o polityce...a może trzeba?
PO TRZECIE: Polak to obieżyświat
No właśnie, problem różnic cywilizacyjnych raz po raz powraca w doniesieniach z
Polski. Zdarzają się laurki jak ta z tekstu Normana Daviesa w brytyjskim
tygodniku „The Spectator”: „Warszawa stała się jednym z gorących miejsc nowej
Europy. Szykowne młode kobiety wożą swoje dzieci do prywatnych szkół lśniącymi
autami terenowymi, podczas gdy robotnicy wznoszą ogrodzenia z systemem
alarmowym wokół ich luksusowych willi”. Nie zmienia to jednak faktu, że w
świadomości przeciętnych zachodnich Europejczyków Polska zlewa się z całą
Europą Wschodnią w jeden wielki, przerażający byt, wyciągający niedomyte łapska
po należne francuskim rolnikom dotacje, miejsca pracy w niemieckich fabrykach i
brytyjskich barach, nie mówiąc już o holenderskich domach uciech cielesnych i
hiszpańskich plantacjach truskawek.

Europejczycy odkryli bowiem (a jest to już ich trzecie polskie odkrycie w ciągu
zaledwie 12 miesięcy), że Polacy są narodem obieżyświatów, którym robota wprost
pali się w rękach. Jak mówi Richard Danbury, dziennikarz telewizji BBC z
Londynu: – Przed wejściem do Unii byliście zimnym krajem na dalekiej północy,
ojczyzną Lecha Wałęsy i wódki. Po wejściu okazaliście się krajem fascynujących
ludzi i znakomitych pracowników, którzy przyjeżdżają do nas, by pokazać, jak
świetnie znają swój fach. Niemal w każdej restauracji w centrum rozbrzmiewa
polski akcent, a polscy kelnerzy i kelnerki mają przynajmniej magisterium. Z
kolei wasi rzemieślnicy zdecydowanie górują umiejętnościami nad swymi
brytyjskimi kolegami – i można na nich polegać – entuzjazmuje się Danbury,
któremu Polacy właśnie wyremontowali mieszkanie.

Wręcz afirmatywne teksty o naszych rodakach, znajdujących pracę w Londynie,
ukazały się w czołowych brytyjskich dziennikach, czytanych na całym świecie,
jak „Financial Times” czy „The Guardian”. Zwraca się w nich uwagę na to, że
Polacy stanowią najliczniejszą grupę spośród 133 tys. zarejestrowanych w
ubiegłym roku na Wyspach pracowników najemnych z Europy Wschodniej, że pracują
chętnie i dobrze, i co najważniejsze, że na ogół zamierzają wrócić do
Polski. „Po zasiłek dla bezrobotnych zgłosiło się tylko 21 osób. Dane te
obalają przedakcesyjny mit o zalewie Wielkiej Brytanii przez masy
wschodnioeuropejskich pasożytów”, pisze z właściwym sobie polotem „The
Guardian”. I dodaje: „jedyne negatywne wrażenia, jakie można odnieść w czasie
wizyt pod Ścianą Płaczu [gdzie spotykają się szukający pracy w Londynie rodacy –
przyp. AK], to powszechnie panujące wśród Polaków milczenie, ekscentryczny
zarost i przesiąknięty wódką oddech niektórych mężczyzn”.

Mniej entuzjastycznie do najazdu Polaków na Londyn nastawione są tabloidy oraz
opozycyjna Partia Konserwatywna (w Wielkiej Brytanii trwa właśnie kampania
wyborcza). Największa brytyjska gazeta „The Sun” o pięciomilionowym nakładzie
straszy czytelników informacjami o 200-tysięcznej wschodnioeuropejskiej nawale
i żąda wyjaśnień od rządu Tony’ego Blaira, który obiecywał ponoć, że liczba
podejmujących pracę Polaków czy Litwinów nie przekroczy kilku tysięcy
miesięcznie. Tymczasem już dziś... Polaków w Londynie jest tylu, że
zastanawiamy się nad wydłużeniem połączeń autobusów podmiejskich z Ealing do
Warsaw – żartuje Richard Danbury.

Niestety, poczucie humoru w tej kwestii nie wszystkim dopisuje. Lider torysów
Michael Howard uczynił kwestię imigrantów, do których zalicza także przybyszów
z nowych państw członkowskich UE, wiodącym tematem swojej kampanii wyborczej. Z
jakim skutkiem, przekonamy się już po 5 maja. Anglików, jak wiadomo, niełatwo
zadziwić, toteż na razie nikt nie wydaje się w Anglii zaskoczony faktem, że
antyimigracyjną retoryką szermuje polityk, który sam jest Brytyjczykiem w
pierwszym pokoleniu. Żydowscy rodzice Howarda przybyli bowiem do Albionu z...
Rumunii i Ukrainy.




Temat: Izrael i sąsiedzi (bliżsi i dalsi)
Londyn walczy z osiedlami żydowskimi
wyborcza.pl/1,76842,6357445,Londyn_walczy_z_osiedlami_zydowskimi.html

Londyn walczy z osiedlami żydowskimi
Mariusz Zawadzki

Wielka Brytania, która walnie przyczyniła się do powstania Izraela,
od kilku miesięcy wyjątkowo krytycznie patrzy na swoje "dziecko", a
szczególnie na żydowskie osiedla na palestyńskim Zachodnim Brzegu
Jordanu

Kilka dni temu brytyjski MSZ ogłosił, że wznowi kontakty z libańskim
Hezbollahem, śmiertelnym wrogiem Izraela. - W obliczu pewnych
pozytywnych sygnałów z Libanu zamierzamy podjąć oficjalne rozmowy z
politycznym skrzydłem tego ruchu, w tym z deputowanymi Hezbollahu do
parlamentu - oświadczył rzecznik ministerstwa Bill Rammell.

"Pozytywne sygnały" to głównie to, że szyicki Hezbollah w zeszłym
roku zrezygnował ze zbrojnego obalenia rządu w Bejrucie i z
rozpętania wojny domowej, na co się zanosiło. Wszedł za to do rządu
jedności narodowej.
Rammell zapowiedział, że Londyn nie planuje rozmów z militarnym
skrzydłem szyickiej organizacji, która USA, Izrael i sama Wielka
Brytania uznaje za grupę terrorystyczną. A Hezbollah nie rozróżnia u
siebie dwóch skrzydeł.

Jego bojownikom i politykom wydaje rozkazy szejk Hasan Nasrallah. To
on w 2006 r. nakazał zaatakować izraelski patrol graniczny, co
skończyło się wojną, w której zginęło 1,2 tys. Libańczyków i 140
Izraelczyków. Przez cały miesiąc północny Izrael, ostrzeliwany
rakietami Hezbollahu, był całkowicie sparaliżowany.

Nic zatem dziwnego, że oświadczenie Rammella nie wywołało w
Jerozolimie entuzjazmu. Tym bardziej że było to kolejne zaskakujące
lub nieprzyjemne oświadczenie, które w ostatnich miesiącach przyszło
z Londynu.

Tego samego Londynu, w którym 2 listopada 1917 r. minister Arthur
Balfour wydał słynną deklarację poparcia rządu brytyjskiego dla
stworzenia w Palestynie "domu dla narodu żydowskiego", co otworzyło
drogę do powstania Izraela.

Odkąd urząd szefa MSZ objął 43-letni David Milliband, którego
dziadkowie od strony ojca byli Żydami z Warszawy, rząd Jej
Królewskiej Mości zaczął bardzo pryncypialnie odnosić się do sprawy
żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu i we wschodniej
Jerozolimie. Izrael okupuje te ziemie od 1967 r., kiedy w wojnie
sześciodniowej rozgromił sąsiednie państwa arabskie.

W rezolucji nr 242 ONZ potępił okupację i zażądał wycofania
Izraelczyków (choć trwają debaty, czy z całego Zachodniego Brzegu,
czy tylko z części). Żaden kraj nie przeniósł ambasady z Tel Awiwu
do Jerozolimy, choć Izrael oficjalnie uznał ją za swoją stolicę i
przeprowadził do niej najważniejsze instytucje rządowe.

Świat oficjalnie uznaje żydowskie osiedla za nielegalne, ale w
praktyce niewiele z tego wynika. Są wciąż rozbudowywane (dziś żyje w
nich pół miliona Izraelczyków) i stanowią jedną z przeszkód w
rozmowach pokojowych Izraela z Palestyńczykami. Wątłe protesty
przeciw osiedlom, nawet jeśli płyną z Waszyngtonu, są przez Izrael
ignorowane.

Kilka lat temu bardziej zdecydowanie postawiła się w tej sprawie
Unia Europejska. Wykluczyła ona z umowy o handlu bezcłowym z
Izraelem produkty wytwarzane w osiedlach na Zachodnim Brzegu.

Osadnicy nagminnie obchodzą jednak ten przepis, zakładając fikcyjne
biura swoich firm we "właściwym" Izraelu (czyli w granicach z 1967
r.). Często trudno określić konkretne miejsce produkcji - kiedy np.
pomidory z regionów "właściwego" Izraela wymieszane są z pomidorami
wyhodowanymi w osiedlach.

Jesienią ubiegłego roku brytyjskie MSZ zaproponowało Komisji
Europejskiej stworzenie dodatkowych mechanizmów kontrolnych, które
wykrywałyby takie oszustwa. Brytyjczycy chcą też, by klienci
supermarketów w całej UE mogli świadomie wybierać, czy chcą kupować
towary z osiedli. Miałyby one po prostu metki "Wyprodukowano w
żydowskim osiedlu na Zachodnim Brzegu". Obecnie w brytyjskich
supermarketach najczęściej oznaczane są metką "Wyprodukowano na
Zachodnim Brzegu". Dlatego niektórzy klienci mylnie uważają, że
towary te wyprodukowane są przez Palestyńczyków, którzy wciąż
stanowią większość mieszkańców Zachodniego Brzegu.

Tydzień temu Londyn znów wywołał awanturę o osiedla. Brytyjska
ambasada w Tel Awiwie zrezygnowała z przenosin do wieżowca firmy
Africa-Israel, ponieważ realizuje ona budowy na Zachodnim Brzegu.
Izraelski ambasador w Londynie Ron Prosor nazwał tę decyzję
absurdem: - Brytyjscy dyplomaci w Izraelu powinni również
zrezygnować z bułeczek, które również wytwarzane są w osiedlach. A
także z izraelskich lekarstw, które są przecież sprzedawane w
palestyńskich aptekach na Zachodnim Brzegu!

Źródło: Gazeta Wyborcza




Temat: POLITYKA....można i o polityce...a może trzeba?
PO CZWARTE: Polska ma historię
„Do Europy... tak, ale z naszymi umarłymi”, pisała proroczo przed kilkoma laty
prof. Maria Janion. Redakcje największych europejskich gazet najwyraźniej
realizują jej wskazówkę, pisząc sporo o naszych dziejach – i to jest odkrycie
nr 4.

Polska historia XX w. nigdy wcześniej nie cieszyła się takim wzięciem w
zachodnich mediach; co więcej, uwzględnia się w nich wreszcie polski punkt
widzenia. W ubiegłym roku, w czasie najlepszej oglądalności, telewizja CNN
pokazała film dokumentalny o Powstaniu Warszawskim. W marcu br. francuski
dziennik „Le Figaro” przedstawił swoim czytelnikom historię zbrodni katyńskiej.
Z kolei „The Guardian” przypomniał Brytyjczykom, wstrząśniętym nawałą naszych
rodaków nad Tamizę, że „od czasów Conrada setki tysięcy Polaków osiedliły się w
Wielkiej Brytanii. Tysiące przybyły po I wojnie światowej, wielu z nich jako
jeńcy wojenni”.

Wcześniej Zachód traktował nasze przywiązanie do własnej wizji historii jako
niegroźne, śmieszne dziwactwo – o ile w ogóle o nim wiedział. Dziś zaczyna
uznawać za część wspólnego, europejskiego dziedzictwa zarówno Solidarność z
Lechem Wałęsą na czele, jak i polski wysiłek zbrojny podczas II wojny
światowej. Choć czasem przychodzi mu to z trudem, jak w przypadku wiedzy o
obozach koncentracyjnych w okupowanej Polsce, nie zaś, jak chciał „The
Guardian” i szereg innych pism w Europie Zachodniej i USA – o „polskich obozach
koncentracyjnych”.

Seria spektakularnych przeprosin, wymuszonych na redakcjach tych gazet przez
polskie media i opinię publiczną, była wydarzeniem bez precedensu w naszej
historii. Z pewnością nie doszłoby do niego, gdyby podczas obchodów 60 rocznicy
wyzwolenia obozu w Auschwitz Polska nie była krajem członkowskim Unii
Europejskiej. Zapewne zawsze znajdzie się w Londynie czy Paryżu dziennikarz
przekonany, że Polacy (podobnie jak reszta wschodnich Europejczyków) po prostu
rodzą się antysemitami. Zanim jednak znów bezrefleksyjnie zarzuci całemu
narodowi kolaborację z nazistami, zastanowi się dwa razy. A jeśli tego będzie
mało, trzy razy – tak jak redaktorzy „Le Figaro”, którzy nawet w sprostowaniu
pomylili Powstanie Warszawskie z Powstaniem w Getcie Warszawskim.

Prasa niemiecka unika takich kompromitacji, zatrudniając autentycznych znawców
spraw polskich. Poza tym tamtejsze redakcje w znacznie większym stopniu
wykorzystują talenty polskich autorów. Adam Krzemiński i Andrzej Stasiuk od lat
robią w Niemczech za „dyżurnych Polaków”, za co u nas czasem zbierają baty. Jak
jednak zauważył podczas debaty w redakcji miesięcznika „Dialog” prof. Klaus
Ziemer, dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie: „To, co
Stasiuk napisał w ironicznym tonie o polskim zaangażowaniu w Iraku i co zostało
w Polsce odebrane jako zdrada interesów narodowych, w Niemczech postrzegano
jako pozytywny obraz Polaka, trochę dowcipnego, trochę zbuntowanego”.

Tego zaś, że poczucie humoru dopisuje także Polkom, dowiodła Olga Tokarczuk,
tłumacząc Niemcom, iż „to nieprawda, że każdy Polak ma wąsy”. Polska pisarka
uprzedziła przy okazji niemieckich czytelników, którzy zechcą być może wybrać
się do Polski na wczasy, że nad Wisłą nikt nie ma cienia wątpliwości co do
tego, że Mikołaj Kopernik był Polakiem.

Mówiąc zaś bardziej serio, to właśnie prasa niemiecka poświęca najwięcej
miejsca tematom związanym z Polską, zwłaszcza zaś z polsko-niemiecką historią.
W przypadku prasy bulwarowej czyni to, rzecz jasna, zgodnie z zasadami gatunku,
jaki reprezentuje. Trzeba jednak wspomnieć, że nawet największa niemiecka
bulwarówka „Bild” odpuściła sobie temat niemieckich roszczeń wobec Polski.
Specjaliści kiedyś rozstrzygną, czy większy wpływ na to miało wystąpienie
kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera podczas sierpniowych obchodów 60 rocznicy
wybuchu Powstania Warszawskiego (w którym oświadczył, że rząd Niemiec nie
popiera roszczeń związku wypędzonych wobec Polski), czy też ostra riposta ze
strony tych polskich gazet, które chętnie nazywalibyśmy bulwarówkami, gdybyśmy
mieli nad Wisłą jakieś bulwary.

A może przemówił rachunek ekonomiczny? Jak podaje „Financial Times”, co czwarty
produkt kupowany w Polsce został wyprodukowany w Niemczech (a w Czechach nawet
co trzeci). Dla Polski Niemcy są najważniejszym partnerem handlowym, ale „dla
Niemiec Polska jest pod tym względem dopiero na dziewiątym miejscu. To niecałe
trzy procent obrotu, ale jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że czwartym partnerem
handlowym Niemiec jest Holandia, która ma połowę ludności Polski, łatwo
dostrzec, jaki tkwi tu jeszcze potencjał” – przypomina prof. Klaus Ziemer.




Strona 4 z 4 • Zostało wyszukane 139 postów • 1, 2, 3, 4

© 2009 - Ceske - Sjezdovky .cz. Design downloaded from free website templates