krajobrazy wiosenne zdjęcia 

Oglądasz wypowiedzi znalezione dla zapytania: krajobrazy wiosenne zdjęcia





Temat: O dewastacji przyrodniczej Ziemi Oleckiej
Trochę pism wcześniejszych bo teraz nie mam zbytnio czasu na nowe sprawy! Pozdrawiam!
http://www.wm.pl/Index.php?ct=olecko&sc ... &id=839333

O tym jak niszczono unikalną kolonię perkoza dwuczubego na jeziorze oleckim! Dlaczego unikalną, bo w formie kolonii, te ptaki gniazduja bardzo rzadko, a do tego w obszarze Długiego Mostku, skąd możemy obserwować ich lęgi. To prawdziwy rarytas i turytyczna atrakcja.

Bezsensowne wycięcie trzcin przez burmistrza, niczemu nie służyło, wprowadziło tylko zagrożenie dla bytu unikalnej kolonii lęgowej ptactwa wodnego!
Ktoś powiedział w gazecie chwała burmistrzowi, bo teraz trzciny wyglądają o niebo lepiej! Właśnie o to chodzi, że po dwu, trzykrotnym wycięciu, trzcina odbija gęsto i nie nadaje się już do gniazdowania ptaków.
To co nam wydaje się ładniejsze, to niekoniecznie jest pożyteczniejsze dla innych mieszkańców jeziora!

O trzcinach
Zdziwił mnie cokolwiek, tytuł artykułu „Mieszkaniec kontra burmistrz”, chyba, że chodzi tu o wszystkich mieszkańców jeziora i okolic. Czuję się jakbym pokazywał Księżyc, a wszyscy patrzyli tylko na mój palec.
Dla jasności obrazu chciałbym dorzucić kilka spostrzeżeń.
W piśmie burmistrza do Zarządu Melioracji było tylko jedno zdanie – „Zwracamy się z prośbą o wycięcie trzcin przy wypływie rzeki Legi” i ani słowa uzasadnienia.
Rad bym poznać opinie autorytetów, na które chce powołać się burmistrz Olecka, gdy nawet w programach szkolnych dla dzieci mówi się o dobroczynnym wpływie trzcin i roślinności przybrzeżnej na stan jezior i rzek.
Byłem na wspomnianej konferencji w sprawie „Wiewiórczej Ścieżki” i pamiętam dokładnie wykład p.t. „Matematyczno-hydrodynamiczny model eutrofizacji jeziora Oleckie Wielkie”, prodziekana wydziału ochrony środowiska Wszechnicy Mazurskiej Stanisława Nowela a jednocześnie radnego miejskiego, który przy pomocy matematycznych atraktorów usiłował zobrazować ten problem. Umknął jednak uwadze lektora fakt, że mówił o kumulacji osadów dennych, a więc tylko o niektórych skutkach a nie przyczynach eutrofizacji. Poza tym nikomu ze zgromadzonych naukowców i pasjonatów nie przyszło do głowy wygłaszanie tak karkołomnych opinii o konieczności wycinania trzcin i roślinności wodnej, bo to jest nonsens.
Burmistrz mówi, że trzciny były składowiskiem śmieci wiec je uprzątnięto wraz z trzcinami, łatwiej było sprowadzić i zwodować kosiarkę, jak twierdzi burmistrz za darmo (sic!) niż z łódki zebrać kilka plastikowych butelek które przyniosła woda. A przecież zniszczono inne rośliny wodne, w tym gatunki prawnie chronione, jak np. żabieniec trawolistny czy grążel żółty. Ponadto jezioro znajduje się w obszarze krajobrazu chronionego, gdzie wszelkie naruszanie ekosystemów jest chronione ustawowo i musi być uzgodnione z Wojewódzkim Konserwatorem Przyrody.
Trzciny odrosną, mówi burmistrz - może i odrosną tylko, że ptaki i ryby teraz nie mają schronienia, a wiosną nie będą miały budulca na gniazda i tarliska. W trakcie batalii o Wiewiórczą Ścieżkę, burmistrz twierdził, że właśnie miejsce przy wypływie Legi ma służyć pokazaniu siedlisk ptactwa wodnego i celom edukacyjnym dla których ta ścieżka powstała. Twierdzenia się zmieniają w zależności od kierunku wiatru i pokazują chaos pojęciowy obecnych władz.
Wyznaczanie miejsc lęgowych ptactwa po drugiej stronie jeziora przy pomocy decyzji administracyjnej nastąpi zapewne niedługo a nieposłusznych odłowi się i wypłoszy jak zwykle bez słowa uzasadnienia.
Szarżowanie stwierdzeniami, że większość ptaków gniazduje po drugiej stronie jeziora jest paplaniną, bo nikt nie przeprowadził nigdy badań ornitofauny naszego jeziora i jak pokazuje wywołany problem wiedza na temat zależności w ekosystemach przyrodniczych jest u burmistrza szczątkowa. Pozostaje nadzieja, że kiedyś odrośnie, tak jak zniszczona roślinność w naszym jeziorze.
Mam także cały plik pism w sprawach ekologii i ochrony środowiska, na które nigdy urząd i burmistrz nie zechciał odpowiedzieć!
Na dictum o tym, że tylko Zbigniew Sienkiewicz się skarży, zapytam, czy w Olecku jest możliwy jakikolwiek protest, czy wniesienie uwagi, bez skutków ubocznych dla skarżącego?!

W imieniu mieszkańców jeziora i okolic - Zbigniew Sienkiewicz

Duch146 - masz rację co do faktu że była okazja do posprzątania zatoki jeziornej, tylko że burmistrzowi chodziło o działanie na pokaz, a że tam pozostały zwały śmieci, żelastwa, butelek, itp, to nikogo nie obchodzi! Co do jeziora Romoty to niezupełnie masz rację, mam zdjęcia dokonań tego nadjeziornego wandala, jeżdżę tamtedy często i oglądałem wszystkie etapy jego działań i upamiętniłem!





Temat: [długie!] Wrocław-JGóra-Lwówek
Zaczęło się od telefonu. Miałem ochotę przejechać linię Jel.Góra - Lwówek
Śląski i szukałem towarzystwa. W sobotę ok. 9.00' rano zadzwoniłem do
Przemka (Mixera). "No słucham?" usłyszałem zaspany głos. Wyjaśniłem o co
chodzi i po chwili byliśmy umówieni. O 11.58' z Wr.Gł. pojechaliśmy do JG.
Obaj mieliśmy co odsypiać po poprzednich nocach, więc podróż minęła dość
sennie. W Jaworzynie spotkaliśmy sputnika ET21-644. Przejazd przez Wałbrzych
trasą ruin pogórniczych zakończył sie miłym akcentem - na Wb.Gł.
zobaczyliśmy jamnika ET41-200 doczepionego do jeszcze jednego sputnika
ET21-495, zielonego jak trawka wiosenna, wyglądającego jak fabrycznie nowy -
po co najmniej 32 latach na szlaku... Stał schowany za wagonami na tłuczeń i
zobaczyliśmy go dopiero po odjeździe, ale w drodze powrotnej Mixerowi udało
się go sfocić. Poza tym jeszcze widzieliśmy SP32-147, sputniki, rumuny,
stonki i drugi odkurzacz. W JG okazało się, że do pociągu do Lwówka wsiada
nasz kierpoć, który przywiózł nas z Wrocka, a teraz prowadził - już
samotnie, bez kondiego - dwie bonanzy ze stonką SP42-245. W międzyczasie
sfocone lub sfilmowane zostały EU07-454, SM42-425, EN57-1395, ET21-331 i
EP07-506.
Wyjechaliśmy na szlak. Tor po opuszczeniu miasta prowadzi dość krętą trasą
blisko brzegu Zalewu Pilchowickiego. Najpierw jedziemy w zielonym tunelu
gałęzi, miejscami tor prowadzi w płytkim wykopie by po chwili wyjechać na
wysoki nasyp. Przystanek Pilchowice. Od strony peronu - ściana lasu, od
drugiej - tafla sztucznego jeziora o porośniętych lasem brzegach. A jakby
tak wyskoczyć tutaj i wskoczyć do wody? Bardzo przyjaźnie nastawiony kierpoć
wyraźnie lubiący MKów zagaduje nas co chwila pokazując co ciekawsze miejsca
trasy. Jedziemy długim zygzakiem wdłuż brzegów Bobru, płytkiego i zasłanego
opadającymi kwiatami drzew. Tor biegnie pod ścianą lasu mając po drugiej
stronie rzekę. Mijamy grupki ludzi nad rzeką, porozstawiane miejscami
namioty i wędkarzy. W pewnym momencie widzę gościa w woderach stojącego po
piersi w wodzie z wędką - muchówką w garści. Wolno jadący skład nie wywołuje
prawie żadnych reakcji. Czasem ktoś się zagapi w naszą stronę a po chwili
wraca do swoich tematów. Głęboki cień pod drzewami, wilgotny chłód leniwie
płynącej rzeki i plamy słońca na otwartej przestrzeni budując niesamowity
klimat. Przejeżdżamy dwa tunele, oba na łuku. Zimny mrok ich wnętrza i
zwisające ze stropów korzenie kojarzą się bardziej ze starymi lochami niż
dziełami sztuki inżynierskiej. Wreszcie Lwówek. Przykre wrażenie. Rozległa,
4-ro kierunkowa kiedyś stacja wygląda jak pustynia. Rude, nieużywane szyny,
niknące w trawie drewniane podkłady i popadające w nieuchronną ruinę obiekty
sporej stacji. Dwa zadaszone perony połączone przejściem podziemnym i
straszące odpadającą farbą. Przygnębienie. Zaiste - nie tylko drzewa
umierają stojąc.
   Mając niecałą godzinę do powrotu próbujemy upolować coś do zjedzenia.
Facet na stacji Orlenu zapytany o MacDonalda kieruje nas... do JeleniejGóry!
Najbliższa kafejka? "Tam jest hotel i restauracja, pewnie mają otwarte". W
końcu w głodowej desperacji wchodzimy do Biedronki, skąd uzbrojeni w buły z
przedziałkiem i parówki ogólnowojskowe udajemy sie żwawo na dworzec. W ciągu
kilku ostatnich minut przed odjazdem focimy co się da. W drodze powrotnej
stoję w drzwiach końcowej bonanzy. Kilka zdjęć umykającego szlaku -
lśniących szyn ginących w gęstej trawie wśród sielskiego krajobrazu sprawia,
że czuję się jakbym zamykał tu drzwi i gasił światło. Czy naprawdę jesteśmy
tu (przed)ostatni?
W Jeleniej mamy około kwadrans (!) czasu, więc Mixer udaje się
optymistycznie "na szopę". Czekam potem przed stojącym składem i namawiam
kierpocia aby jeszcze chwilę zaczekał, bo mi sie kumpel zapodział. Na
szczęście nie ma podanego sygnału. 6min po czasie przylatuje Mixer, a 10 po
czasie wjeżdża opoźniony osobowy z Węglińca - to na niego czekaliśmy... Za
szopą Mixer upolował stojące obok siebie zielone ET21-331 i ET21-386. Po
drodze - nic nowego. ET21-495, zielony rumun na szopie i 7 skasowanych
sputników na Wb.Gł., ruiny kopalń przy torach, w Jaworzynie SU45-064 i
ET41-030, wreszcie mijamy Imbramowice - w Obozie Zagłady Lokomotyw jakoś
dziwnie. Kompletnie pusty, idealnie uprzątnięty plac wygląda, jakby nigdy w
życiu nie pocięto tu żadnego loka.
Już wszystko pocięli? Nic nie zostało do pocięcia? A może stracili kontrakt?
A może ktoś sie opamiętał na PKP? Nie - to zbyt piękne, aby było prawdziwe.
Do Wrocka dojeżdżamy z takim samym opóźnieniem, z jakim wyjechaliśmy z
Jeleniej. Punktualność zaiste godna podziwu.






Temat: PL vs US


Na czolgach sie nieznam wiec bede cicho, ale przewaga 10 do 1 potrafi
zniwelowac przewage technologiczna. W Afganistanie byly przypadki uzycia
radzieckich czolgow z aktywnymi termowizorami, qumpel ma zdjecia.


Tak to jest jak się nie precyzuje :)... Pod pojęciem "termowizor" rozumiemy
w przeciwieństwie do ogólnej definicji tego słowa pasywny system obserwacji
IR. To co widzialeś to najprawdopodobniej po prostu albo podświetlająca lamp
a IR+celownik, albo jakiś wzmacnaicz światła szczątkowego. A ogólnie rzecz b
iorąc chodzi o to czy radzieckie/UW czołgi mogą strzelać dalej niż na 800-12
00 metrów w nocy [tak, jak był księżyc ;)]. Co zważywszy na jakość termowizo
orów w 1985 roku tudzież ilość ich na czołgach NATO tudzież na mgły, zróżnic
owany krajobraz i inne takie tak czy inaczej argument pod tytułem "A Abrams
to telewizor" rozpieprza w kawałki.


A czy piloci radziedzcy cwiczyli bombardowanie w nocy to nie wiem ale wiem
ze nasi to robili, a tez w Ukladzie Warszawskim byli, wiec chyba sojusznik
gorszy byc nie mogl.


Tu chodzilo raczej o to jakia liczba maszyn była w stanie wykonywać precyzyj
ne uderzenia w każdych warunkach atmosferycznych o każdej porze doby. Czyli
Su-24. Bo Su-25 to były chyba śladowe ilości.


W ksiazce od ktorej sie zaczela ta dyskusja bylo zalozenie ze konflikt
bedzie mial miejsce jesienia, zima lub wczesna wiosna przy czestych mglach
,
deszczach opadach sniegu co skutecznie obniza skutecznosc termowizji,
laserow i innych takich wodotryskow, uziemnia tez wiekszosc lotnictwa
(wszstkich nacji). Zakladano tez ze atak nasapi z zaskoczenia i troche
potrwa az hamerykanie przybeda ze swoimi wspanialymi niezniszczalnymi i
trafiajacymi z 10 km czolgami.


:)... W roku 1985 to Leopardów i M1 były sztuki... Mogłyby sobie strzelać i
z 20 kilometrów [choć akurat zasięg ognia to był po stronie UW]...


Odrazu odparuje twoj ewentualny kontrargument dotyczacy ataku z zaskoczeni
a,
ze NATO nie dalo by sie zaskoczyc bo maja AWCSy i doskonale rozpoznanie.
Wiec przypomne historie pewnego radzieckiego Miga-23 ktory wystartowal z
Bagicza (takie radzieckie lotnisko kolo Kolobrzegu (w Polsce)) pilot na
skutek nieprawidlowej pracy silnika katapultowal sie szczesliwie zaraz po
starcie, samolot ustabilizowal lot i samotny smutny po opuszczeniu go prze
z
pilota niczym nie niepokojony bezczelnie rozbil sie w Belgii z powodu ....
.
braku paliwa. Spece z NATO dowiedzieli sie o tym fakcie z ...... TELEWIZJI


.

Ależ skąd. Zaraz dowiesz się że oni nie tylko wiedzieli, ale wręcz przechwyc
ili go za pomocą F-15, stwierdzili że nie ma pilota, a strącić bali się bo l
eciał nad terenem zabudowanym. Poważnie. Ja już to usłyszałem. Dawno bo dawn
o, ale...
Na arzie
ALAMO





Temat: Tatry Zachodnie 14 - 15 IV 07
Do Zakopanego dotarłem przed 7 rano. Szybko znalazłem transport i znalazłem się przed wejściem do TPN w Dolinie Chochołowskiej. Siwa Polana i już znalazłem to, czego szukałem. Niewysokie, fioletowe kwiatki, znaczy krokusy. Spacerowym tempem, zatrzymując się praktycznie przy każdej fioletowej plamie, przemieszczam się w stronę schroniska na Polanie Chochołowskiej. Droga częściowo zasypana śniegiem i oblodzona. Wszystkie szlaki odchodzące z doliny pod śniegiem. Dodatkowo przed każdym tablica z informacją o zagrożeniu lawinowym. Po drodze mijają mnie tylko rowerzyści. Mimo, że to sobota, ludzi nie ma prawie wcale. Będą później.

Polana Chochołowska. Pola krokusów, wiosenne słońce, a w tle zaśnieżone szczyty. Lepszych warunków nie mogłem sobie wymarzyć. Fiolet kwiatów miesza się z bielą śniegu i niczym nieskażonym błękitem nieba. Feeria barw i nikogo w najbliższej okolicy. Spektakl, w którym czas traci znaczenie. Liczą się barwy i kształty.

Mimo wolnego tempa, przed schroniskiem znalazłem się szybciej niż planowałem. Ruch jakby większy. Sporo narciarzy. Wszak to dzisiaj miał się odbyć Finał Pucharu Polski w narciarstwie wysokogórskim. Dłuższa chwila na podziwianie widoków spod schroniska – dominujący Kominiarski Wierch okryty białym puchem, a na pierwszym planie polana z fioletowym dywanem.

45 minut później jestem już na Grzesiu (1653). Warunki zimowe zaczęły się już na podejściu. Ale nic to. Na górze snieg i słońce. Jest pięknie. Ani jednej chmurki. Widoczność na kilkaset kilometrów, jak nigdy. Pilsko i Babią Górę widać jak na dłoni. Nie mam ochoty ruszać dalej. Dobrą godzinę spędzam na odpoczynku obserwując zaśnieżone szczyty i wylegując się na słońcu. Na szczycie zaczyna się ruch. Ludzie powoli wspinają się z doliny. Czas ruszać dalej. Z Łuczniańskiej Przełęczy (1602) robi się ciekawiej. Więcej śniegu, w którym momentami zapadam się prawie do kolan. Tempo marszu spada, ale jeszcze przed Rakoniem (1879) udaje mi się wyprzedzić kilka ekip. Na szczycie nawet się nie zatrzymuję. Od razu uderzam na Wołowiec. Podejście długie i męczące. Sporo śniegu, co utrudnia poruszanie się. Miejscami ślisko, a nie mam potrzebnego sprzętu. Mimo to wchodzę na Wołowiec (2064) z dużym zapasem czasu. Widoki na słowackie Tatry Zachodnie, Tatry Wysokie (widać Świnicę, Rysy, Gerlach, a nawet oddalony o 31 km Kołowy Szczyt). Od północnego-zachodu wyróżniają się Pilsko i Babia Góra. Żyć nie umierać. Dłuższa chwila na podziwianie widoków. Kilka zdjęć i w drogę. Zejście z głównej grani do Doliny Wyżniej Chochołowskiej wygląda co najmniej śmiesznie. Spora różnica wysokości na bardzo małym odcinku. Do tego głęboki śnieg i oblodzenie. Czego chcieć więcej. Klasyczny dupozjazd. Na przyszłość trzeba będzie zabierać ze sobą jabłuszko Mimo mało korzystnych warunków schodzę, a nie zjeżdżam. Przede mną już tylko kilkukilometrowy odcinek do Polany Chochołowskiej.

Przy schronisku, zgodnie z przypuszczeniami sporo ludzi. Narciarze powoli kończą zawody, do tego sporo spacerowiczów – wszak to sobota. Teraz już tylko walnąć się gdzieś na słońcu i wysuszyć sprzęt.

Poranek zaczyna się słonecznie. Szybko opuszczam schronisko i kieruje się w stronę Doliny Kościeliskiej. Po drodze tylko przejść przez Przełęcz Iwaniacką i praktycznie będę już na Hali Ornak. Jak się okazuje droga na przełęcz dostarcza nie lada atrakcji. Śliski, zmrożony śnieg pęka pod moim ciężarem. Okazuje się że ścieżka biegnie dokładnie nad strumieniem. Niefajnie. Na szczęście udaje mi się uniknąć kąpieli – nie po to przecież suszyłem buty całą noc, żeby teraz je zamoczyć Cały czas lasem, długo i mozolnie wspinam się w stronę przełęczy. Osiągam 1459, gdzie czekają na mnie wspaniałe widoki i ciepłe, wiosenne słońce. Chwila na podziwianie krajobrazu i schodzę do Doliny Kościeliskiej.

Schronisko dopiero budzi się ze snu. Na zewnątrz nie ma jeszcze nikogo. Uroczy widoczek na południe z zaśnieżonymi Błyszczem i Bystrą zamykającymi dolinę. Mając na uwadze wredne podejście na Przełęcz Iwaniacką dalszą drogę decyduje się pokonać Ścieżką nad Reglami. W końcu wyjazd miał być jak najbardziej lightowy, a pochodzić po zaśnieżonych szczytach jeszcze zdążę. Tylko muszę mieć sprzęt.

W samej Kościeliskiej sporo ludzi. Droga od schroniska do Pisanej Polana oblodzona na całej szerokości. Śmiesznie. Miejscami nawet bardzo Później już żadnych atrakcji. Miejscami krokusy, ale mniej niż w Chochołowskiej.

Zahradziska. Pola krokusów i widok na Czerwone Wierchy. W tej chwili nie trzeba mi było niczego więcej. Cisza i spokój. Mało kto zapuszczał się poza Kościeliską. Świetne miejsce na spędzenie kilku chwil. Jak się okazuje zabawiam tu ponad godzinę, ale wcale nie żałuję. Teraz mam pewność, że był to lepszy wybór, niż wdrapywanie się na Ciemniaka i resztę.

Jeszcze tylko panoramka z Przysłopu Miętusiego i schodzę do Doliny Małej Łąki. Od razu widać, że jest mniej rozreklamowana niż Kościeliska, czy Chochołowska. Ludzi niewiele. Ciszej. Jakby bardziej kameralnie. Szkoda czasu na odpoczynek. Aparat wyjmuję w marszu i robię kila zdjęć majestatycznym turniom. Zaczyna się podejście na Przełęcz Kondracką. Początkowo lasem, później między skałami. Sporo śniegu, mało śladów. Ostatni odcinek podejścia solidnie daje w kość. Stromo, głęboki śnieg, momentami ślisko. Na pewno nie chciałbym tędy wchodzić przy wyższym stopniu zagrożenia lawinowego.

Przełęcz Kondracka (1725) a z niej wspaniałe widoki. Od północy Giewont, Od Południa Czerwone Wierchy. Z jednej strony Dolina Małej Łąki, którą wszedłem, z drugiej Dolina Kondratowa, którą zejdę. Podejście na Giewont (1894) zajmuje dosłownie chwilę, mimo że miejscami śnieg sięga do pasa. Żadnych kolejek. Absolutnie nikogo. Przez pół godziny jestem sam na szczycie. Robi się późno. Czas wracać. Początkowy etap zejścia z przełęczy do doliny jest bardziej stromy niż oczekiwałem. Trudniej niż wczoraj w Wyżniej Chochołowskiej, ale i tym razem udaje się zejść, nie zjechać. Reszta drogi przebiega już bez większych atrakcji. Śnieg leży praktycznie na całym odcinku do Kuźnic. Jeszcze tylko spacerek przez centrum Zakopanego i mogę wracać do domu.

Na podsumowanie. Trafiłem na fantastyczne warunki. Ciepło, słońce, prawie bezwietrznie. W Tatrach warunki zimowe. W wyższych partiach śnieg i lód (przydałby się sprzęt, zwłaszcza kije i raki). Niżej pola krokusów. Ogólnie jestem zachwycony

Zdjęcia: http://galeria.nigdy.pl/thumbnails.php?album=128



Temat: 1

Sekretne życie boćka

Wydawałoby się, że o bocianie białym wiemy już wszystko. To nieprawda. Okazuje się, że nasz bociek też ma swoje tajemnice. Wiele z nich ujawnia wydana właśnie pierwsza w historii naukowa monografia poświęcona temu ptakowi więcej zdjęć
Mieszkańcom wsi Kłopot (Lubuskie) bociany wcale kłopotu nie przynoszą, a wręcz przeciwnie. Działa tu muzeum bocianów, do którego przyjeżdżają wycieczki, organizowane są festyny na cześć tych ptaków. A to dlatego, że w tej miejscowości co roku gnieździ się od 20 do 30 par bocianów białych. Przyrodnicy zaś od lat prowadzą badania nad biologią tego gatunku. Wiadomo, że bociany są aktywne w dzień. Ale czasem na polowania wylatują też nocą. Właśnie tego typu nieznane wcześniej zachowania naukowcy zaobserwowali w Kłopocie.

Bociany wykorzystują to, że do świecących lamp przylatują ćmy, chrząszcze, i po prostu zbierają te owady, które opadły na ziemię. - Takie nocne łowy obserwowano dotąd u jaskółek, pustułek czy srokoszy, ale nie u bocianów - opowiada prof. Piotr Tryjanowski z Zakładu Ekologii Behawioralnej Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu. - Świadczy to o tym jak ptaki te potrafią się adaptować do nowych warunków - dodaje Tryjanowski. Jest on jednym z trzech redaktorów (oprócz prof. Leszka Jerzaka z Uniwersytetu Zielonogórskiego i dr. Tima H. Sparksa z Wielkiej Brytanii) pierwszej w historii monografii o bocianie białym, której światowa premiera odbędzie się dziś w wielkopolskich Przygodzicach. Książka wydana w języku angielskim zawiera 39 artykułów 53 autorów (w tym z zagranicy), którzy przeprowadzili często nowatorskie badania nad bocianem białym.

Mało znana grupa młodzieży

Bocian biały jest jednym z najbardziej znanych i charakterystycznych ptaków Europy. Najliczniejsza jego populacja na świecie - ponad 50 tys. par lęgowych w 2004 r., czyli 20 proc. populacji światowej - żyje w Polsce. Ale wiosną do naszego kraju przylatuje jeszcze więcej bocianów. Części z nich nikt jednak nie liczy - chodzi o młode ptaki, które nie osiągnęły jeszcze dojrzałości płciowej. Życiem bocianów nielęgowych zainteresowali się dr Marcin Antczak z UAM oraz Paweł T. Dolata z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.

- Bocian jest specyficznym gatunkiem, bo należy do ptaków długowiecznych, może żyć do 25 lat. Dlatego dojrzałość płciową osiąga dopiero w czwartym, a nawet w piątym roku życia - mówi dr Antczak. Mimo to młode ptaki także przylatują wiosną z afrykańskich zimowisk do Polski, choć nie łączą się tu w pary. Takie grupy "nastolatków" zbierają się w stada: wspólnie nocują, często też razem polują. - Mówi się, że takie nielęgowe bociany mogą stanowić nawet połowę populacji tego gatunku, ja jednak byłbym ostrożny w tych szacunkach. Myślę, że co roku do Polski przylatuje kilkanaście tysięcy takich młodych ptaków - dodaje Antczak.

W bogatych siedliskach, np. zalanych dolinach rzecznych, mogą one tworzyć stada składające się ze 100-150 osobników, ale generalnie żerują w mniejszych grupach, do 50 boćków. Menu takich ptaków różni się od jadłospisu bocianów lęgowych. Podstawą są norniki, ale nie gardzą też chrząszczami, pasikonikami, świerszczami. - To pokarm mało energetyczny, ale bociany nieprzystępujące do rozrodu nie potrzebują aż tyle energii - nie muszą składać jaj czy dostarczać pokarmu pisklętom - wyjaśnia Antczak.

W jadłospisie ptaków lęgowych, które częściej żerują na terenach podmokłych, występuje więcej żab, raków, zaskrońców, owadów, które żyją na powierzchni wody. Jednak i jedne, i drugie boćki najchętniej zjadają małe ssaki. Przekonali się o tym pracownicy poznańskiego zoo, którzy przeprowadzili eksperyment nazwany "Cafeteria test". 29 bocianów mogło wybrać sobie dowolne danie z menu, w skład którego wchodziły: ssaki, ptaki, płazy, owady, ryby i dżdżownice. Ptaki najchętniej zjadały ssaki, potem ryby i ptaki. Unikały owadów, a dżdżownic w ogóle jeść nie chciały. Ale z obserwacji przyrodników wynika, że na wolności boćki "nie kręcą dziobem" i zjadają nie tylko dżdżownice (nimi karmią np. pisklęta), ale też padlinę, a ostatnio zaglądają nawet na wysypiska śmieci, by i tam coś przekąsić.

Ciemna twarz bociana

Na bocianach w zoo, które trafiają tam zwykle w wyniku wypadków (ofiary maszyn rolniczych, zderzeń z liniami energetycznymi, młode zaplątane w plastikowe sznurki), przeprowadzono kilka innych badań, m.in. opracowano wzór na ustalenie płci bociana na podstawie pomiarów dzioba (samice mają minimalnie krótszy i węższy dziób niż samce).

Cennych informacji dostarczają bocianie wypluwki (resztki niestrawionego pokarmu), choć bociany mają silny system trawienny i np. z żab nic nie zostaje (płazy te mają bardzo delikatne szkielety). - Nawet po nornikach odnajdywaliśmy w wypluwkach jedynie zęby, sierść i bardzo niewiele kości - podkreśla dr Antczak. Resztki pokarmu często zostają też w gnieździe, tak więc po ich zawartości można dojść, czym żywione są na przykład pisklęta.

- Zresztą bocianie gniazdo to jeden wielki śmietnik. Czego tam nie można znaleźć! Papiery, pampersy, stare majtki, prezerwatywy, kurtki, czapki, no i nieszczęsne sznurki nylonowe, w które młode czasem się zaplątują - mówi prof. Tryjanowski. Gdy pisklę się udusi, bocian robi porządek w gnieździe: albo wyrzuca zwłoki, albo rozdrabnia je i karmi nimi pozostałe młode. Słabsze pisklęta mogą też być wyrzucane z gniazda przez swoje silniejsze rodzeństwo albo zabijane świadomie przez rodziców. W ciągu długiego sezonu lęgowego może zacząć brakować pokarmu. Jeśli rodzice nie mogą wyżywić wszystkich piskląt, najsłabsze zabiją.

Mimo tej ciemnej strony bocianiego życia ptaki te od setek lat cieszą się sympatią i zainteresowaniem ludzi, dotyczą ich liczne zwyczaje ludowe. Bocian biały to niejako symbol polskiego krajobrazu, był opisywany m.in. przez Mickiewicza, Norwida czy Reymonta. - Jeśli nie my mamy go chronić czy badać, to kto? Jesteśmy odpowiedzialni za przyszłość tego gatunku - podsumowuje prof. Tryjanowski.


zrodlo: http://www.gazetawyborcza.pl/1,75476,3984501.html

cynk dostalem od orchid ale wrzucam na forum



Temat: Co czeka nas w 2012 roku?
Jest jeszcze sprawa powiązania tych wydarzeń z "Proroctwem Oriona na 2012 rok" Powie ktoś że przeciez nic takiego na tym świecie sie nie dzieje co mogło by zaświadczyć o powadze i realności zagrożeń opisanych w "Proroctwie Oriona" Ten kataklizm moim zdaniem doskonale wpisuje się właśnie w te realia i należy do całego łańcucha katastrof których kulminacja nastąpi w 2012 roku.

26 grudnia 2004 roku, w głębinach Oceanu Indyjskiego doszło do bardzo silnego trzęsienia ziemi - najsilniejsze w historii Ludzkości . Wstrząsy o sile powyżej 8 stopni w skali Richtera spowodowały potężne tsunami, które runęło na wybrzeża Indonezji, Tajlandii, Śri Lanki, Sumatry, Jawy. Obecnie uczeni szukają odpowiedzi na pytanie: jakich globalnych
reperkusji można oczekiwać po katastrofie w Azji Południowo-Wschodniej?

Około 250.000 zabitych (ponad 300.000 tyś)
Prawie ćwierć miliona ofiar - taką liczbę podają ratownicy. Liczba ofiar kataklizmu w Azji Południowo-Wschodniej przewyższyła już wszystkie dopuszczalne poziomy. Do poszkodowanych krajów z całego świata przyjeżdżają uczeni, którzy chcą detalicznie ustalić to, jak doszło do powstania trzęsienia ziemi i gigantycznego, niszczycielskiego tsunami.
- Tylko po dokładnym zbadaniu wszystkich śladów na jak największym obszarze będziemy mogli powiedzieć coś o strukturze tego kataklizmu i mechanizmie generującym tsunami oraz spróbować zrozumieć, dlaczego tak się stało i tym samym spróbować przewidzieć przyszłe zdarzenia tego rodzaju.
Według słów uczonych, faktycznie stało się to, czym uwielbiają nas straszyć producenci i reżyserzy hollywoodzkich filmów katastroficznych - katastrofa w skali planetarnej! Tragedię na Oceanie Indyjskim uczeni nazwali już "globalnym światowym tsunami", a to dlatego, że w
różnym stopniu uderzyło ono we wszystkie kraje świata. Ogromne fale zostały zarejestrowane przez mareografy na Antarktydzie, Australii, Meksyku i nawet na Wyspach Kurylskich!

Wstrząsy nie pozostały obojętne dla obu Biegunów naszej planety i spowodowały, że jej obrót nieco się spowolnił, dzięki temu doba stała się nieco dłuższa...

Wielu uczonych jest przekonanych o tym, że ta katastrofa może mieć swe wszechświatowe skutki.

I tak np. władze tak lubianych przez turystów Malediwów już oznajmiły, że życie w niektórych rejonach archipelagu jest obecnie niemożliwe, a to dlatego, że znalazły się one pod wodą...

Według danych uzyskanych z satelitarnych zdjęć z NASA, zmieniło się znacznie ukształtowanie krajobrazu nadmorskich części Indonezji.

Po katastrofie w Azji Południowo-Wschodniej pojawiły się inne kataklizmy w różnych punktach globu. Huragan i powodzie w Europie, silne opady i huragany w Ameryce, potop w Sankt Petersburgu, wiosna zamiast zimy w centralnej części Rosji, zima w Szanghaju ... - Co się dzieje? - na to pytanie starają się znaleźć odpowiedź specjaliści od klimatu i oceanów.

Dlaczego tak silne naturalne kataklizmy pojawiły się w tak krótkim odcinku czasu? Z czym jest to związane? Co czeka nas w przyszłości? Czy ma to jakiś związek z tsunami?

A może tsunami to tylko szczyt góry lodowej???

Ponura kronika
Na zdjęciach satelitarnych zachodniego wybrzeża Sumatry przed i po tsunami widać, że jedna z wysp jeszcze niedawno była półwyspem. Katastrofa z 26 grudnia 2004 roku zmieniła nie tylko mapy geograficzne, ale także wyobrażenia człowieka o jego miejscu w otaczającym go
świecie.

To potężne trzęsienie ziemi wpisało się na listę pięciu najbardziej niszczycielskich wydarzeń tego rodzaju. Cztery pierwsze przebiegły w stosunkowo niedługim okresie czasu:

1952 rok - Kamczatka (9,00R); 1957 rok - Wyspa Andreanof (Alaska, USA - 9,10R); 1960 rok -

Chile (najsilniejsze zmierzone trzęsienie ziemi - 9,50R - nazwano je terremoto); 1964 rok -

Alaska (9,20R).

Wszystkie trzęsienia ziemi miały związek z 11-letnim cyklem aktywności słonecznej.

Być może jest w tym jakaś prawidłowość, że cztery najsilniejsze trzęsienia ziemi wpisują się w cykl 11-letni. Cykl słoneczny - to właśnie 11 lat I tylko za bardzo nie jest wiadomo, jak wysoka aktywność słoneczna może powodować tak silne trzęsienia ziemi. O ile uczonym wiadomo, to aktywność ta ma wpływ na procesy zachodzące w górnych warstwach atmosfery naszej planety, i na żywe organizmy. Poza tym uczeni ustalili,
że największe trzęsienia ziemi mają miejsce pod koniec roku i w środku lata, tj. wtedy, gdy Ziemia znajduje się w aphelium i peryhelium - w tych miejscach jej orbity nasza planeta zmienia prędkość swego ruchu - najpierw zwalnia, a potem znów przyspiesza i wtedy wyzwala się część jej energii kinetycznej właśnie w postaci wstrząsów.
Oczywiście, nie ma żadnego związku pomiędzy tragedią na Oceanie Indyjskim, a innymi naturalnymi kataklizmami na świecie. Rzecz w tym, że to trzęsienie ziemi spowodowało przemieszczanie się Biegunów i tym samym spowolniło ruch obrotowy Ziemi o kilka sekund. Wielkość niby nieduża, ale wystarczająca, by spowodować na naszej planecie naturalne kataklizmy, jakie obserwujemy teraz. To jest jedno z możliwych wyjaśnień.

Przekład z j. rosyjskiego Robert K. Leśniakiewicz




Strona 2 z 2 • Zostało wyszukane 60 postów • 1, 2

© 2009 - Ceske - Sjezdovky .cz. Design downloaded from free website templates